Perypetie ze sklepem

Perypetie ze sklepem

Długi weekend zbliża się do końca, więc zamiast wpisu merytorycznego, chciałam napisać coś lekkiego i przyjemnego. Postanowiłam więc, że się z Wami przybliżę moje perypetie ze sklepem, które mnie spotkały od czasu jego uruchomienia. Może komuś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z Prestashop, się on przyda, a innym pokaże trochę tego, jak wygląda prowadzenie sklepu internetowego „od kuchni”.

Pierwszy problem

Pierwszy dzień działania sklepu, który wydawał się już dopięty na ostatni guzik. Wiedziałam, że mogą być jakieś problemy, ale nie wiedziałam, z której strony się one pojawiają. W moich najgorszych snach, to była raczej wizja ludzi, którzy po wejściu na stronę sklepu, uznają że jest on beznadziejny i na bank postanowią się tym przekonaniem podzielić ze mną i innymi. Na szczęście, tak źle nie było.

Zamiast tego czekał mnie pierwszy problem techniczny. Już na etapie testów, zauważyłam że do zamówień, sklep dodaje mi produkty, które nie były wybierane. Po konsultacji z Panią Joanną okazało się, że do zamówień są dodawane produkty zamawiane (w ramach testów oczywiście) w poprzednim roku – po prostu powtarza się numeracja zamówień. Problem usunięty, no to działamy. Przed uruchomieniem sklepu wyczyściłam zamówienia testowe. Sklep otwarty – pierwsze zamówienie… i oczywiście znowu problem powrócił, czyli już w zamówieniu klienta pojawił się produkt o nazwie „test”. Panika! Uff, na szczęście Pani Joanna była dostępna. Co spowodowało problem? To, że wyczyściłam zamówienia, to spowodowało restart numeracji.

Za wysokie koszty wysyłki

O uruchomieniu sklepu poinformowałam oczywiście na Facebook-u. Wieczorem zaczęły się pojawiać się komentarze, że w sklepie są horrendalne koszty wysyłki. Zdziwiona odpowiedziałam, że jako mały sklep nie mam na razie możliwości negocjowania cen z doręczycielami. Ale w komentarzu nagle padła kwota 24 zł, która u mnie przy przesyłkach nie występuje. Poprosiłam jedną z osób o podesłanie printscreen-a, no i faktycznie, takie koszty się wyświetlały. Nie bardzo wiedziałam, jak temat ugryźć. Dopiero mąż wpadł na to, aby sprawdzić porzucone koszyki i sprawdzić czy jest produkt, który się powtarza. No i oczywiście się powtarzał. Były to igły. Tylko nadal nie wiedzieliśmy dlaczego one powodują problem. Przeglądałam kartę po karcie dla tych nieszczęsnych igieł i porównywałam z innymi produktami i nie widziałam różnicy. Niestety mnie mózg po 22 się wyłącza. I znowu mąż (nocny Marek) wyłapał, że w przypadku igieł źle były zaznaczony sposób dodawania ilości (tj. było zaznaczone dodawanie ręczne, zamiast zaawansowanego zarządzania magazynem). I to jakimś sposobem, że przy dodaniu kolejnego produktu, powodowało zdublowanie kosztów wysyłki. Uff, tym razem daliśmy radę sami.

O czym śni właściciel sklepu?

Nie wiem, jak inni, ale ja przez pierwsze noce miałam sny o tym, że wysłałam niepełne zamówienie. Oczywiście nie trzeba było długo czekać, żeby sen się spełnił. Słabo mi się zrobiło, gdy otrzymałam maila z informacją, ze paczka była niekompletna. Brakujący towar oczywiście wysłałam wraz z przeprosinami. To była nauczka, która sprawiła, że teraz sobie wyraźnie zaznaczam na wydruku, gdy produktów jest więcej, żeby zwrócić uwagę, ze mam zapakować rzecz np. w dwóch egzemplarzach. No i oczywiście kontroluję zamówienie dwa lub trzy razy. Teraz mi się, za to śni, że pomyliłam paczki i nakleiłam źle etykiety z adresem. Tfu, tfu – mam nadzieję, że w tym przypadku, to nigdy nie będzie sen proroczy.

Czeski błąd

Większość przesyłek nadaję w paczkomacie lub na poczcie, ale jedno z zamówień było realizowane przez kuriera. Jakież było moje zdziwienie, gdy przywitał się on ze mną słowami: „pół dnia się próbuję do Pani dodzwonić”. O co chodzi? Telefon leży obok mnie, biorę drugi, dzwonię, jest ok! No to szukam dalej, sprawdzam dane podane do przewoźnika. Mam! Przestawiłam dwie ostatnie cyfry. I wtedy dociera do mnie, że ja ten numer kopiowałam ze strony sklepu. Szybko poprawiam, w każdym możliwym miejscu ten numer, mając nadzieję, że przez te kilka dni, nikt do mnie nie miał jakiejś pilnej sprawy. Potem jeszcze chwilowa panika i sprawdzanie numeru na ulotkach i wizytówkach. Ale tam jakimś cudem jest ok.

Pozytywy

W międzyczasie docierają do mnie maile, wiadomości na Facebook-u, że sklep się podoba. Jestem mile zaskoczona, że komuś się chce napisać maila z podziękowaniem, za stworzenie fajnego miejsca w sieci. Tym bardziej mobilizuje mnie to dalszej pracy. A trochę jej jest, ponieważ ciągle zamawiam nowe rzeczy, które trzeba sfotografować, opisać i dodać do sklepu. Nadal też walczymy z wyświetlaniem sklepu na telefonach. Myślę, że poniższa grafika świetnie, to z czym się borykamy :).

Problemy dzielone przez rozwiązania równa się nowe problemy

Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał. Zapraszam przy okazji także na fanpage sklepu, gdzie staram się na bieżąco informować o nowościach, a także dzielę się różnymi inspiracjami.



Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podziel się