Kurs Pedagogika Marii Montessori w przedszkolu – moje przemyślenia

Kurs Pedagogika Marii Montessori w przedszkolu – moje przemyślenia

Kurs „Pedagogika Marii Montessori w przedszkolu z elementami pracy integracyjnej” – moje pierwsze refleksje

Nasz blog ma już ponad 3 lata, a ja już w zeszłym roku zaczęłam czuć potrzebę profesjonalnego dokształcenia w zakresie pedagogiki Montessori. Zaczęłam więc rozglądać się za jakimś kursem, który byłby skierowany nie tylko do nauczycieli, ale także do rodziców, a idealnie byłoby gdyby jeszcze był w Krakowie. Wyobraźcie więc sobie moją radość, gdy siostra przesłała mi namiary na kurs organizowany przez KCECAK. Zapisałam się natychmiast i z niecierpliwością czekałam na zajęcia.

Po drodze oczywiście miałam masę wątpliwości, czy to w ogóle ma sens, skoro nie edukuję dziecka w domu i właściwie zdobytą wiedzę będzie mi trudno zastosować w praktyce. Teraz jestem po pierwszych zajęciach i mogę już powiedzieć, że absolutnie nie żałuję. Nie będę pisać o tym, co było prezentowane na kursie, raczej chciałam się podzielić moimi przemyśleniami i tym, co było dla mnie ważne.

Dziecko w centrum pedagogiki Marii Montessori

To co uznałam za istotne, to podkreślenie, że pierwszą rzeczą, o którą powinien zadbać nauczyciel (a także rodzic), to komunikacja. Polecana była książka „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”. Ja tę książkę czytałam i jest ona napisana w bardzo przystępny sposób oraz podsuwa wiele ciekawych rozwiązań ułatwiających  sprawne komunikowanie się. Jednak ja miałam po niej uczucie lekkiego niedosytu. Czytałam też trochę na temat Porozumienia bez przemocy (NVC) i miałam wrażenie, że książka skupia się na samym nazywaniu uczuć, bez dociekania, jakie potrzeby za tymi uczuciami stoją, ale to moje wrażenie, niemniej jednak książka jest warta przeczytania.

Pani Katarzyna, prowadząca zajęcia, podkreślała jak bardzo istotne jest podejście dla dziecka, zrozumienia, że to ono jest w centrum pedagogiki Montessori, a nie materiały, czy otoczenie. Jak istotne jest, aby nauczyciel miał zdolność do autorefleksji i nie występował w roli wszystkowiedzącego. Podobała mi się rozmowa na temat tego, że można być nauczycielem montessoriańskim nie mając ani jednej oryginalnej pomocy. Chodzi o filozofię, podejście do dziecka, pozwolenie mu na samodzielne podejmowanie decyzji.

Dla mnie to jest o tyle istotne, że wielokrotnie odczuwałam dużą frustrację, gdy przygotowane przeze mnie pomoce nie zostały zaszczycone ani odrobiną zainteresowania. Niby, gdzieś w tyle głowy miałam cały czas myśl, że to dziecko decyduje o tym, czego chce się uczyć, a z drugiej strony był mój wysiłek włożony w stworzenie materiałów. Teraz wiem, że czasem to ja chciałam za bardzo, a to wzbudzało opór. Czasem chciałam też wprowadzać rzeczy za szybko, nie do końca sprawdzając, czy mój syn jest na to gotowy. Po prostu wydawało mi się, że to już jest ten moment, kiedy powinien opanować pewne umiejętności. Jego „nie” było dla mnie (i nadal jest) sporym wyzwaniem, ale także dużo mnie uczy.

Co jest ważne w pedagogice Montessori z punktu widzenia praktyka?

Poruszona też została kwestia ortodoksyjnego podejścia do pedagogiki Montessori, która często sprowadza się do fanatycznego przestrzegania zasad typu odkładania pomocy w określonej konfiguracji i miejscu. Interesujące było więc posłuchanie osoby, z dużym doświadczeniem praktycznym, która tłumaczyła, że to są niuanse. Nie chodzi oczywiście o błędy, jak nie przestrzeganie pewnych zasad przy pracy z materiałem. Raczej właśnie o drobnostki, które nie mają wpływu na to, czego uczy się dziecko. Zaprezentowane były także przykłady pracy z materiałem, których nie znajdzie się w konspektach. Są to bowiem wypracowane przez praktyków sposoby pracy wynikające z potrzeby dostosowania ich do dziecka np. z deficytami.

Montessori w domu

Kolejną dla mnie ważną kwestią było to, że nie ma potrzeby powielania otoczenia z przedszkola w domu. To co można zrobić w domu, to umożliwić dziecku jak najwięcej działań samodzielnych, czyli np. dostęp do naczyń, lodówki. Angażowanie dziecka w dbanie o wspólną przestrzeń, jaką jest dom, poprzez wciąganie go w codzienne zajęcia (jak gotowanie). Dawanie prostych obowiązków domowych dostosowanych do możliwości dziecka.

Jest to dla mnie o tyle istotne, że ciągle czułam się trochę rozdarta między potrzebą stworzenia półek z pomocami, a pogodzeniem tego z zabawkami. Sama z czasem odkryłam, że to się nie sprawdza, bo syn wracając z przedszkola nie ma ochoty na kolejną porcję edukacji, tylko na swobodną zabawę. Więc oprócz powyżej wymienionych elementów, jedyne do czego dążę, to stworzenie dla każdej zabawki określonego miejsca, na które ona wraca wieczorem, bo zakończonej zabawie. Rozmowy na kursie tylko mnie upewniły, że idę w dobrym kierunku.

Udział w zajęciach praktycznych

W drugim dniu kursu, miałyśmy możliwość oglądania prezentacji poszczególnych materiałów z zakresu życia praktycznego. Było to bardzo inspirujące. Same mogłyśmy być uczniami, ja osobiście ćwiczyłam pracę z ramką z guzikami. Zobaczenie takiej prezentacji na własne oczy… no cóż mogę tylko powiedzieć – wow! To co mnie zdziwiło, że przy takiej prezentacji prawie w ogóle się nie mówi. Ważne jest, aby dziecko skupiło się na ruchach. Przyciszony głos nauczyciela i tylko pokazywanie naprawdę powoduje, że można się skupić na materiale.

Inną prezentacją, która wywarła na mnie duże wrażenie, był sposób przenoszenia krzesła, jego podnoszenia i odkładania. Każdy z nas pewnie wie, jak nieprzyjemny jest hurgot przesuwanego krzesła. Dzieci w przedszkolu zaraz na początku mają prezentowane właśnie to, w jaki sposób poruszać się po klasie, jak przenosić krzesło, czy stół. Co takiego było jednak niezwykłego w tym przenoszeniu krzesła? Otóż w trakcie podnoszenia (uchwyt jedną ręką za siedzisko, drugą za oparcie), należało najpierw odchylić krzesło, tak aby stało na dwóch nogach, potem oderwanie trzeciej i dopiero podniesienie. Przy odkładaniu była odwrotna procedura. To sprawiała, że krzesło było podnoszone i odkładane prawie bezgłośnie.

Ciąg dalszy nastąpi…

W ten weekend czekają mnie kolejne zajęcia i prezentacje z zakresu sensoryki. Mam więc nadzieję podzielić się z Wami kolejną garścią przemyśleń.



Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podziel się
  • Miłka Korneluk-Orłowska

    Bardzo fajny wpis i trafne spostrzeżenia. Ja byłam na kilku warsztatach prowadzonych przez Stowarzyszenie Montessori bez Granic w Warszawie i tam miałam przyjemność poznać p. Agnieszkę Sekułę, która bardzo podobnie opowiadała o tym, jaki powinien być nauczyciel, że to nie pomoce są najważniejsze i że nie ma potrzeby przenoszenia otoczenia montessoriańskiego z przedszkola w domu.
    Z niecierpliwością czekam na kolejne części dotyczące kursu.

  • Beata

    ja także czekam ma kolejny wpis i porcję szczegółów 🙂